Dziś nadszedł taki moment, że moja irytacja sięga zenitu i pomimo tego, że mam ogromny dystans pod tym względem do siebie, tak kiedy dotyczy to mojego dziecka, sprawa wygląda z goła inaczej.

Osoby które mnie znają, ale tak naprawdę dobrze znają, to wiedzą, że zbytnio nie przejmuje się modą. Lubie proste, nie wyraziste kolory, nie za miliony monet, a jak odwiedzam te droższe sklepy to tylko na wyprzedażach, chociaż i tak tam nic nie znajduje, ponieważ na tych wyprzedażach zazwyczaj nic nie ma. Ale czemu chodzę do tych droższych sklepów na wyprzedażach? nie dlatego że mnie nie stać, wręcz przeciwnie, stać mnie, ale uważam, że to zbędne wydawanie pieniędzy, których mi po prostu szkoda. Ale oczywiście macierzyństwo trochę zmienia nastawienie kobiety i jak nie bardzo przejmuje się swoim ubiorem, tak nie mogę napisać tego o ubieraniu mojej córki. To jej teraz więcej czasu poświęcam na dobór ubrań niż sobie, przecież nie od dziś wiadomo, że sobie odmówić można, ale dziecku da się wszystko. Jednak macierzyństwo nie sprawiło, że popadłam w manię kupowania, chociaż kilka rzeczy kupiłam naprawdę zbędnych, ale która z matek tak nie miała? Ale nie, starałam się zachować umiar. Moja córka wygląda bardzo ładnie. Jak do tej pory mogę policzyć na palcach jednej ręki ilość nowych, sklepowych ubrań które jej zakupiłam. Reszta to prezenty, lub ubranka po innych dzieciach w rodzinie. O dziwo, body które są już po jednym dziecku, dalej mają śnieżno biały kolor, a body które dostałam w prezencie straciły „te coś” po kilku praniach. Stąd nasuwa się pytanie, po co kupować nowe, skoro bardzo dużo ubrań mam od innych? Nie ukrywam też, że sporą część ubranek mam kupionych na ciuchach, gdzie jest dużo bardzo ładnych ubranek, za przysłowiową złotówkę. Osoby które mnie dobrze znają w pełni to akceptują, a nawet czasem są w szoku, że dane ubranko jest kupione „na ciuchach”.

Jednak ten weekend zmienił wszystko …

Na weekend przyjechali do nas znajomi, którzy mają pewne swoje cechy, które może nie popieram, ale akceptuje, ponieważ to są znajomi mojego męża. Ok, nie przeszkadza mi to. Jednak teraz żona przyjaciela mojego męża, nazwijmy ją „mamuśką” tak jakby pokazywała mi, że ona to ma ubrania „markowe”. Wiecie, do tej pory jak mi wysyłała zdjęcie ubrań które kupiła np. w 5-10-15 za 60-70 zł, komentowałam „ale fajne”, czyli komentowałam normalnie. Ale ich wizyta sprawiła, że teraz inaczej patrze na te sytuacje, ponieważ te markowe ubrania, aż raziły mnie po nocach. I to nie było tak, że ja a te ubrania patrzyłam, nie, ich metki po prostu szukały mojego wzroku. Te metki było widać wszędzie. W sytuacji kiedy moja Zuzia biegała w zwykłych, no name pajacach, ale bawełnianych, ich córeczka zakłada pajaca, z którego została świeżo zerwana metka z h&m. Pomyślałam sobie wtedy „really?”

Ale to co mnie najbardziej zirytowało, to sytuacja któredy wspomniana mamuśka była wybredna. Kiedy dowiedziała się, że kupuje ubrania swoim sposobem, poprosiła żebym jej też coś kupiła. Więc kupiłam, jednak ona nie wzięła wszystkiego, lecz połowę tylko tych co jej się spodobały, a ja zostałam z torbą ubrań, już zamałych na moją córkę. Można powiedzieć, że te ubranka założy moje drugie dziecko, tak, lecz ja mam swoich ubrań już tak dużo, że kolejna torba nie jest mi potrzebna. Ale nic, zapewne te ubrania spradam lub komuś oddam.Jednak ta sytuacja otworzyła mi oczy, jak to wygląda. A „gwoździem do trumny” było przechwalaniem się torbą do wózka (o dziwo wózek po innym dziecku), która wisiała na ramieniu mamuśki za każdym razem nawet jak szłyśmy do sklepu. Ilość zdań „ale ta torba pojemna” nie byłam w stanie policzyć. Wspomniana torba to Ship Hop, za ok 400 zł. A ja, zwykła prosta matka, na wyjście do osiedlowego sklepu nawet torby nie brałam …

Wtedy zaczęło mnie to irytować i zastanawiać, czy rywalizacja między matkami już będzie taka zawsze? czemu to jest takie ważne, że ktoś ma markowe rzeczy, a drugi nie? Moja przyjaciółka, która akceptuje mnie w pełni, stwierdziła że na wakacje ja i Zuzia mamy wyglądać jak milion dolarów, żeby im szczęka opadła. Ok, mam ochotę utrzeć pewne nosy, jednak mam nadzieję, że nie zawsze będzie musiało tak być.

A może to ze mną jest coś nie tak? 🙂

No, w końcu to z siebie wyrzuciłam!

  • Szczerze? Chyba trochę przesadzasz. Nie zauważyłam w tym wpisie aby koleżanka w jakiś sposób mówiła ci ze jest lepsza, bo jej dziecko nosi markowe ciuchy, ani że twoja córka brzydko wygląda… Po prostu razily cię metki?? Też zakładam córce markowe u rana i kupuje ich tyle, na ile mnie stać. Uwielbiam markowe ciuchy dla maluchow,chociaz zwykle staram się znaleźć takie bardziej za 30zl niż 60, chociaż jak coś skrajnie mi serce to i więcej wydam. I nie widzę nic w tym złego. Przynajmniej do momentu w których nie podnóża ciebie ani córki, ani nie traktuje jak gorszych. Mnóstwo rzeczy też kupuje na AliExpress, gdzie można znaleźć coś ładnego za pół ceny. W ciuchlandach nigdy nie umiałam szukać. Więc ubrania i ja i Jula mamy albo po kimś, albo nowe że sklepu. Cóż każdy ma swojego bzika. Jedni kupują mnóstwo ciuchów że sklepów, inni maskotki po 100sztuka, a inni kocyki za 300zl. Jak ich stać to spoko, fajnie, niech kupują. Jakbym była bogata może i sama bym kupowała. Wiele rzeczy wkurza mnie w innych markach, rozumiem że ciebie akurat to, chociaż, nie rozumiem, ale skoro cię wkurza i wyrzuciłas to z siebie to mam nadzieję że będzie, ie ci lepiej ☺ wybacz że tak się rozpisałam, pozdrawiam :”